środa, 28 sierpnia 2013

Mus czekoladowy z wiśniami

Do stworzenia tego przepisu zainspirował mnie konkurs fotograficzny jaki znalazłem na blogu "Lawendowy Dom". Zadaniem konkursowym było stworzenie kolarza zdjęć. Inspiracją miał być jeden z nowych smaków lodów Grycan. Ja wybrałem jogurtowe z wiśniami. Zacząłem się zastanawiać z czym mi się kojarzą lody lub wiśnie. Jednak nic nie przychodziło mi do głowy. Po jakiejś godzinie jednak zaświtał mi w głowie pomysł. "Przyjemność" wykrzyknąłem na całe mieszkanie. No bo z czym innym mogą kojarzyć się lody jak nie z chwilą przyjemności. Po chwili miałem już koncepcję na kolarz i na przepis. Oczywiście musiała w nim się znaleźć czekolada. A o to moja propozycja.

Składniki:
2 tabliczki gorzkie czekolady
400 ml śmietany kremówki
5 łyżek cukru pudru
200 gram wiśni
lody Grycan jogurtowo-wiśniowe

































Przygotowanie:
Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Śmietanę ubijamy mikserem, stopniowo dodając cukier puder. Ubijamy aż do powstania gęstej masy. Ubitą śmietanę dodajemy do rozpuszczone czekolady i wszystko raz jeszcze porządnie mieszamy.

Dół szklaneczek do musu wykładamy wiśniami i zalewamy przygotowaną masą czekoladową. Odstawiamy na kilka godzin do lodówki. Podajemy z kulką lodów Grycan i ozdabiamy wiśniami na wierzchu.

Smacznego :)

























P.S. A tak wyglądała moja propozycja konkursowa :) Jakie są Wasze chwile przyjemności?


poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Pasta jajeczna ze szczypiorkiem

Ten smak kojarzy mi się z przedszkolem i z nie dobrą lejącą się pasta jajeczną. Pamiętam jak nauczycielka pastwiła się nade mną żeby zjadał kanapki z tym czymś co dla mnie było okropne. Jednak jak to bywa po latach postanowiłem zmierzyć się z jednym z moich kulinarnych koszmarów. Popytałem znajomych, rodzinę i wszyscy podawali ten sam pomysł na pastę z jajek. Zapisałem wszystko skrupulatnie no i sam przystąpiłem do dzieła. Powiem wam, że tym razem mi smakowało. Myślę, że to co ujmowało smak tej potrawie serwowanej mi w przedszkolu to po prostu fakt, że jajka nie były wystarczająco dobrze rozdrobnione. Mam nadzieję, że wy nie macie takich koszmarnych wspomnień i spróbujecie zrobić ją w swoich domach.

Składniki:
3 jajka
1,5 łyżki musztardy (ja dałem chrzanową)
2 łyżki majonezu
szczypiorek
sól
pieprz
odrobina kurkumy



Przygotowanie:
Jajka gotujemy na twardo. Następnie obieramy je ze skorupki i bardzo drobniutko siekamy w kosteczkę. Do posiekanych jajek dodajemy musztardę i majonez i wszystko razem porządnie mieszamy. Doprawiamy do smaku solą i pieprze i dodajemy dosłownie szczyptę kurkumy. Na końcu siekamy drobniutko odrobinę szczypiorku, dodajemy do masy i jeszcze raz mocno mieszamy.

Smacznego :)

sobota, 24 sierpnia 2013

Warto się wybrać na...

1. X FESTIWAL KULTURY ŻYDOWSKIEJ WARSZAWA SINGERA
Już 24 sierpnia rozpocznie się wielki święto teatru, filmu czy muzyki żydowskiej. Jeśli jesteście zainteresowani takimi klimatami nie może Was tam zabraknąć. W programie znajdują się naprawdę interesujące i warte zobaczenia spektakle, koncerty czy też pokazy filmowe. Wszystkich zainteresowanych zapraszam na oficjalną stronę festiwalu.



2. Popołudnie ze Starussem
Jeśli akurat spędzacie wakacje w Krakowie lub jego okolicach koniecznie wybierzcie się do Muzeum Żup Krakowskich w Wieliczce. Czeka tam seria koncertów muzyki klasycznej a konkretnie Straussa. Warto się wybrać jeśli cenicie sobie dobrą i przyjemną dla ucha melodię.


3. Wystawa "Rodzina Brueghlów" we Wrocławiu
Wszyscy, którzy kochają sztukę obowiązkowo powinni wybrać się do Muzeum Miejskiego we Wrocławiu gdzie można oglądać największe arcydzieła rodziny Brueghlów. Wydarzenie naprawdę wielkie. Jeśli uwielbiacie malarstwo nie może was tam zabraknąć.


4. Festiwal "Solidarity of Arts"
W Gdańsku trwa festiwal, który przyciąga wiele znanych na całym świecie artystów. Jeśli lubicie dobrą muzykę nie może Was tam zabraknąć. Więcej dowiedziecie si tutaj.

 5. XIII Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu
Trzynasta edycja  Festiwalu to dalsze poszukiwania różnorodności języka teatru pantomimy. Tegorocznym programem organizatorzy staraja się ukazać piękno naszej sztuki, która słusznie wymyka się jednoznacznym definicjom. Jeśli jesteście w Warszawie koniecznie się wybierzcie.



piątek, 23 sierpnia 2013

Śliwkowe racuchy

Jak człowiek nie ma pomysłu co można zrobić na obiad najlepiej sprawdzą się racuchy. U mnie zawsze to działa. Warto się bawić smakami i próbować nowych pomysłów na nasze racuszki. Ja tym razem poszedłem w śliwki. Akurat zakupiłem ich trochę na bazarku koło mojego mieszkanka. I jakoś tak nie chciało mi się piec ciasta, które było w zamierzeniu a szkoda żeby śliwki się zmarnowały. No więc nie wiele myśląc przygotowałem z nich racuszki. Smakują naprawdę obłędnie i warto wypróbować taki przepis w domu.

Składniki:
3 szklanki mąki
3 jajka
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szklanka mleka
garść śliwek
olej do smażenia



Przygotowanie:
Mąkę, jajka, proszek do pieczenia i mleko mieszamy do powstania gładkie masy. Ze śliwek usuwamy pestki i kroimy je w drobną kosteczkę. Dodajemy do masy. Olej rozgrzewamy na patelni i układamy na niej kleksy z ciasta. Smażymy z obu stron na piękny rumiany kolor.

Smacznego :)




czwartek, 22 sierpnia 2013

Kluski leniwe z bułką tartą i cukrem

Leniwe dni wymagają leniwych potraw. Ostatnio właśnie miałem taki dzień. Nie chciało mi się zbytnio nic gotować i leniłem się strasznie. W zasadzie cały dzień przeleżałem sobie w łóżku. Na wieczór naszło mnie jednak na coś mącznego. Pomyślałem chwilę i stwierdziłem, że skoro spędziłem ten dzień na lenia to i niech w nazwie potrawy tego dnia będzie to słowo. No i stanęło na tym, że przygotowałem właśnie kluski leniwe. Jednak nie poszedłem standardowo. Miałem w lodówce akurat dwa serki śmietankowe Almette więc to je wykorzystałem do tego dnia. Polecam Wam ten patent bo kluseczki są dzięki temu serkowi bardzo puszyste i lekki.

Składniki:
300 gram serka Almette Śmietankowego
1 szklanki mąki + odrobina do podsypywania
1 jajko
pół łyżeczki soli
pół kostki masła
pół szklanki bułki tartej
cukier do posypania



Przygotowanie:
Oddzielamy białko od żółtka. Następnie białko ubijamy na sztywną pianę i dodajemy do niej kolejno serek, mąkę, sół oraz żółtko. Wszystko razem mieszamy. Ciasto będzie lekko klejące dlatego należy je wyłożyć na wysypaną mąką stolnice. Teraz zagniatamy jeszcze przez chwilę i formujemy długi wałek. Tera odcinamy nożem równe kawałki, które następnie wrzucamy do gotującej się i osolonej wody. Gotujemy aż do wypłynięcia kluseczek na powierzchnię.

W między czasie na patelni rozpuszczamy masło i podsmażamy na nim bułkę tartą. Gotowe kluseczki wykładamy na talerz, polewamy bułka tartą i posypujemy cukrem.

Smacznego :)



wtorek, 20 sierpnia 2013

Rzecz o nieznanym bracie Vladimira Nabokova

Vladimir Nabokov jest znany chyba każdemu, kto chociaż trochę obcuje z literaturą. Jednak mało, kto wie, że ten wielki pisarz posiadał brata, którego życie nie należało do łatwych. Ostatnio w moje ręce trafiła książką, która pozwoliła mi poznać właśnie jego życie. Chodzi o "Zmyślone życie Siergieja Nabokova" autorstwa Paula Russella. Jest to częściowo oparta na faktach biografia. Naszego bohatera poznajemy od samego urodzenia. Mamy okazję uczestniczyć we wszystkich jego przygodach. Trzeba tutaj dodać, że od najmłodszych lat jego życie nie należało do najłatwiejszych. Przez swoją rodzinę zawsze był postrzegany, jako ten gorszy brat. Żył w cieniu wielkiego pisarza, jakim nie wątpliwie był Vladimir Nabokov. Jednak mimo to nie poddawał się i starał się być w centrum życia kulturalnego. Miał okazję poznać i uczestniczyć w życiu kulturalnym Paryża w okresie jego świetności. Bywał w saloniku Gertrudy Stein, znał osobiście Pabla Picassa, Jeana Cocteau. Jego przyjacielem był Siergiej Diagilew twórca nowoczesnego baletu rosyjskiego, z którym tworzył niezapomniane widowiska razem z wielkim Niżyńskim. 

Książka pokazuje człowieka świadomego, że nie posiada tak wielkich zdolności jak swój brat. Jest to też opowieść o człowieku, który ze względu na otoczenie walczy ze swoja homoseksualną naturą. Naturą, która sprawi, że zostanie skazany na śmierć. Całość czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Jest tu wiele ciekawych historii i zwrotów akcji. Książka w sam raz na wakacyjne wyjazdy. Polecam Wam ją bardzo mocno.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Tarta czekoladowo-bananowa na cieście francuskim

Jest niedzielny poranek i zastanawiamy się w domu na co słodkiego mielibyśmy ochotę. Wymieniamy składniki i staramy się osiągnąć jakiś kompromis. Po długich dywagacjach stanęło na tym, że będzie tarta z czekoladą i bananami. Oczywiście ja musiałem pomyśleć jak to złożyć w całość. Szybka wycieczka do sklepu po dwie tabliczki czekolady deserowej, 3 banany i śmietanę kremówkę. Reszta składników była w lodówce. No i cóż czas stanąć do garów, a ściślej rzecz ujmując do formy na tartą. No i tak właśnie spędziłem ostatnie niedzielne popołudnie. Nie narzekam bo przecież gotowanie to coś co mnie odpręża. Mam nadzieję, że i was odpręży ten przepis.

Składniki:
1 opakowanie ciasta francuskiego
2 tabliczki czekolady deserowej
200 ml śmietany kremówki
3 żółtka
2 łyżki masła
4 łyżki cukru
3 banany



Przygotowanie:
Formę do tarty smarujemy masłem i wykładamy równomiernie ciastem francuskim. Spód ciasta nakłuwamy, wykładamy papierem do pieczenia i obciążamy groszkiem do pieczenia lub fasolą. Pieczemy według wskazań na opakowaniu producenta.
Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Gdy już się rozpuści dodajemy masło i cały czas mieszając łączymy obydwa składniki. Śmietanę kremówkę ubijamy mikserem na puszysta masę. Żółtka ucieramy razem z cukrem. Rozpuszczoną czekoladę z masłem studzimy i dodajemy ubita śmietanę i żółtka z cukrem. Całość porządnie mieszamy. Banany kroimy na plasterki, które następnie układamy na dnie wcześniej upieczonego ciasta. Na banany wylewamy przygotowaną masę czekoladową. Dodajemy parę plasterków bananów na wierzch w celach dekoracyjnych. Całość wkładamy na kilka godzin do lodówki w celu stężenia.

Smacznego :)


środa, 7 sierpnia 2013

Bezy na zielono

Jakiś czas temu dostałem od koleżanki barwniki spożywcze. Leżały sobie tak w szafce i czekały na to aż wpadnę jak je wykorzystać. No i się doczekały. Postanowiłem zrobić z nich zielone bezy. Beza jak wszyscy, którzy próbowali ją robić wiedzą, nie jest najłatwiejszym ciastem. Jednak nie przeraziło mnie to i przystąpiłem do dzieła. Od razu się przyznam, że pierwsza partia spaliła mi się w piekarniku całkowicie. Jednak kolejna wyszła idealnie. Domownicy zajadali się, aż im się uszy trzęsły. No i starczyło też na to aby zabrać parę dla moich kolegów z pracy :)

Składniki:
4 białka
szczypta soli
20 ml soku z cytryny
300 gram cukry


Przygotowanie:
Białka ubijamy na sztywno dodając do nich na samym początku szczypte soli. Najlepiej przetestować czy nasza piana jest sztywna przekręcając miskę do góry nogami. Teraz dodajemy stopniowo cukier i sok z cytryny i dalej miksujemy, aż masa będzie gładka i zwarta. Teraz wystarczy nałożyć ją do rękawa cukierniczek i tworzyć piękne bezowe kleksy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.

Pieczemy około 30 - 35 minut w temperaturze 140 stopni.

Smacznego :)



poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Lemoniada

Upały ostatnio nie dają nam żyć. Ja powiem szczerze nie cierpię jak jest za gorąco. Stanowczo bardziej przemawia do mnie temperatura tak 20 - 21 stopni. Nie należę też do osób, które w zimę narzekają, że jest zimno. Bo prawda jest taka, że cóż jak jest zimno to zawsze można się ubrać i będzie nam cieple. Jednak jak jest upał to przecież skóry z siebie nie zdejmiemy. Jedyne co nam zostaje to chłodzić się napojami. I dlatego dzisiaj proponuję Wam lemoniadę. Dodałem do niej mięty, która idealnie pomaga ochłodzić nasz organizm.

Składniki:
1 kg cytryny
1,5 litra wody mineralnej niegazowanej
1 krzaczek mięty
3 łyżki cukru brązowego
kostki lodu


































Przygotowanie:
Polecam najpierw na jakieś pół godziny włożyć wodę mineralną do zamrażalnika. Idealnie się wtedy schłodzi. My w tym czasie wyciskamy sok z 1 kg cytryn i dodajemy do niego 3 łyżki brązowego cukru. Z krzaczka mięty zrywamy wszystkie listki i mocno je siekamy. Wkładamy do dzbanka i zalewamy sokiem z cytryny z brązowym cukrem. Teraz wystarczy już tylko wszystko zalać zimną wodą i wstrząsnąć. Odstawcie przygotowaną lemoniadę na godzinę do lodówki żeby się przegryzła. Najlepiej smakuje z kostkami lodu.

Smacznego :)




piątek, 2 sierpnia 2013

Jagodzianki

Jagodzianka to jedna z tych bułek, które po prostu uwielbiam. Możecie się śmiać, ale zawsze podoba mi się jak po zjedzeniu jagodzianki mam całe fioletowa usta. I jem je specjalnie z taką premedytacją żeby ubrudzić się jak najbardziej. Każdy ma jakieś swoje perwersyjne przyjemności. Moją jest właśnie jagodziankowy kolor ust. No a poza tym smak tych bułeczek jest po prostu rewelacyjny. Naszła mnie na nie ostatnio ochota i postanowiłem wykonać je według przepisu margaryny KASIA.

Składniki:
Ciasto:
50 gram margaryny
2 szklanki mąki (340 g)
1/2 szklanki cukru (125 g)
1/2 szklanki mleka
2 jajka
20g drożdży
Cukier wanilinowy
2 łyżki cukru (do posypania)
Szczypta soli
Nadzienie:
2 szklanki jagód
2 łyżki cukru
1 łyżka mąki

























Przygotowanie:
Ciasto
Masło lub margarynę roztapiamy i odstawiamy do ostudzenia. Mleko lekko podgrzewamy i łączymy z 2 łyżkami cukru, pokruszonymi drożdżami i dwoma łyżkami mąki. Odstawiamy na około 15 minut w ciepłe miejsce w celu wyrośnięcia.
Resztę pozostałej mąki wsypujemy do miski, dodajemy cukier waniliowy, jajka i przygotowany wcześniej zaczyn drożdżowy. Najlepiej wyrabiać ciasto rękami stopniowo dodając przestudzony tłuszcz. Kiedy będzie już gładkie i jednolite odstawiamy je w ciepłe miejsce na 30 minut.

Jagody mieszamy z cukrem i łyżą mąki. Gdy nasze ciasto wyrośnie przekładamy je na wysypaną mąką stolnicę i rozwałkowujemy na grubość około 2 cm. Wykrajamy duże prostokąty  i dodajemy na środek po łyżce jagód. Teraz wystarczy już tylko zawinąc na siebie rogi prostokąta i porządnie je zlepić. Pieczemy w 160 stopniach przez około 20 minut.

Smacznego :)



czwartek, 1 sierpnia 2013

Rozmowa chłopa z babą o gotowaniu i blogowaniu

Rozmowa z ciekawą osobą zawsze mnie cieszy. Zwłaszcza, jeśli mam okazję rozmawiać o gotowaniu. Tym razem moją rozmówczynią była znana blogerka kulinarna, Iza Kulińska. Jak sama o sobie mówi, jest po prostu babą, która lubi gotować. Ja mogę powiedzieć tylko tyle, że wychodzi jej to naprawdę dobrze. Na spotkaniu miałem okazję skosztować drożdżówek  z budyniem i czereśniami według jej przepisu. Wam również polecam, bo  są przepyszne.

Spotkaliśmy się w jednym z warszawskich parków. Na początku długo chodziliśmy i rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim. Tak się zagadaliśmy, że nie mogliśmy zdecydować, gdzie usiąść. W końcu jednak znaleźliśmy odpowiednią ławkę. Popijając lemoniadę, przygotowaną przez Izę, zacząłem zadawać swoje pytania. Na początek było standardowo. Zresztą przeczytajcie sami, jak mi się z Izą rozmawiało J

Mężczyzna Gotuje: Kiedy zaczęłaś swoją przygodę z gotowaniem?

Iza Kulińska: Jak się wyprowadziłam z domu rodzinnego. Tak się złożyło, że musiałam nagle  wyprowadzić  się  z domu rodzinnego, a co za tym idzie – zacząć samodzielnie gotować.

MG: A ile miałaś wtedy lat?

IA: Osiemnaście. Byłam pełnoletnia i wylądowałam na swoim. Musiałam iść do pracy i zarobić na mieszkanie. Z gotowaniem było śmiesznie, bo nie umiałam nic. U mnie w domu się mało gotowało. Mama, jeśli już, gotowała na kilka dni z rzędu. Najczęściej jakieś zupy, bigos czy gołąbki. Wychowałam się na jedzeniu ze stołówek. Mama tez jadała w pracy, więc po szkole jadłam, na przykład, tylko kanapki. Fakt, w weekendy jeździło się do babci, ale nie garnęłam się jakoś specjalnie do pomocy. Babcia tez jakoś nie chciała uczyć, tylko goniła ścierą bo w ciasnej kuchni pętałam się pod nogami. J To były inne czasy. Nie było takiej mody na gotowanie, jak dzisiaj.

MG: A jakie danie ugotowałaś jako pierwsze?

IK: To było bardzo ambitne gotowanie. Mieszkałam sama i stwierdziłam, ze zaproszę mamę do siebie na obiad, po jej powrocie z sanatorium. Wymyśliłam sobie, że będzie zupa cebulowa i pierogi z serem, bo mama bardzo je lubiła. Zadanie było naprawdę wymagające, bo nie miałam żadnego blendera czy miksera i tę podduszoną cebulę musiałam przecierać przez sitko. Jednak się nie poddałam i dałam radę!

MG: To ciekawe… bo mój pierwszy przepis, jaki zrobiłem z myślą o swoim blogu, to była zupa cebulowa. Zresztą otwiera ona wpisy na moim blogu.

IK: A ja nie mam na blogu zupy cebulowej. To chyba jakaś trauma. J Z pierogami też dałam radę. Jakaś książka kucharska mi pomogła i ciasto nawet się nie rozwaliło! Mama była ze mnie bardzo dumna.

MG: A kiedy przyszedł Ci do głowy pomysł, żeby założyć bloga?

IK: Blog powstał trochę z zazdrości, że inni mają, a ja nie. Tak naprawdę, zanim założyłam bloga, ponad dwa lata temu, działałam na portalach kulinarnych. Tam dodawałam przepisy, zdjęcia. Z czasem to zaczęło ewaluować i dorosłam do tego, żeby mieć swoją stronę, gdzie będę miała swoje własne przepisy. Chciałam mieć takie miejsce. Tylko moje, gdzie nikt mi nie będzie mówił, co mogę, czego nie mogę, ile przepisów mogę dodać. Zbierałam się w sobie długo. Od samej myśli, że chciałabym mieć bloga do jego powstania, minęło z pół roku. Głównie ze względu na fakt, że jestem mało techniczna. Szukałam kogoś, kto mi pokaże, jak to zrobić. Każdy obiecywał, potem odwoływał. W końcu usiadłam i założyłam go sama. No i mam.

MG: A jaki był pierwszy przepis?

IK: Pierwszy przepis był na babeczki z truskawkami.

MG: Czyli to było lato?

IK: Tak to był czerwiec. Potem jakoś  poszło.

MG: A co najbardziej lubisz gotować?

IK: Hmm…

MG: No dobra, to co najlepiej Ci wychodzi?

IK: Najlepiej to mi podobno wychodzi to, co mi się wydaje, że nie wyszło. Tak przynajmniej mówi mąż. Jak ja mówię, że nie wyszło to on wie, że będzie pysznie. Ale najgorzej mi wychodzi to, co na siłę chcę powtórzyć. Kiedy chcę zabłysnąć. I przeważne wybieram przepis, który znam i wiem, na co zwrócić uwagę. Jednak staram się wtedy za bardzo i nie wychodzi. Nauczyło mnie to, że nawet w takich sprawdzonych przepisach warto eksperymentować.

MG: A masz jakąś swoją ulubioną kuchnię?

IK: Chyba nie mam takiej jednej ulubionej.

MG: A jest coś takiego, czego byś nie spróbowała?

IK: Nie lubię surowego mięsa. Na przykład tatara. Nie dlatego, że mnie brzydzi, że ono jest surowe. Po prostu mi nie podchodzi.

MG: A psa byś zjadła?

IK: Wiesz co, nie wiem… Dobrze przygotowane mięso jest jak każde inne. Nie obrzydza mnie sama myśl, że to pies.

MG: A tarantulę byś zjadła?

IK: Czemu nie. W wielu krajach jedzenie czegoś takiego, jak kaszanka czy salceson jest nie do pomyślenia. Już nie mówiąc o kiszonych ogórkach czy kapuście, która dla wielu jest po prostu zepsuta. Cejrowski w swoim programie powiedział, że smaków się uczymy. Jeśli na przykład matka będzie dziecku podawała od dzieciństwa szczura to ono będzie to lubiło. Będzie mu się to kojarzyło z mamą, z bezpieczeństwem. Smaków się uczymy chyba całe życie.

MG: Wiesz, mi kiedyś dietetyczka powiedziała, że warto jeść różne potrawy już w ciąży, bo dziecko wtedy się uczy smaków.

IK: Pewnie, że tak. Dzieci trzeba przyzwyczajać do różnych potraw, już od małego. Trzeba im wyrabiać smak. Im więcej spróbują, tym bogatsze będą ich doświadczenia i nie będą bały się nowości.

MG: Chciałabyś być zawodową kucharką? W sensie przekuć bloga na zawodowstwo?

IK: Nigdy nie czułam się dobrze, jako szef. Źle się czuję, kiedy muszę dyrygować ludźmi. Bycie szefem dla samego siebie też nie jest dla mnie. Nie lubię i nie umiem narzucać sobie reżimu. Obawiam się, że miałabym z tym problem. Poza tym myślę, że zatraciłabym tę radość gotowania. Posiadanie swojego lokalu, to jednak gotowanie w kółko tego samego. Nie da się mieć przecież karty, która zmienia się co tydzień. Poza tym, po rozmowach z wieloma kucharzami widzę, że gotowanie schodzi wtedy na drugi plan. Wtedy trzeba walczyć o swoją pozycję.

MG: Trzeba się promować jednym słowem?

IK: Tak, trzeba być i kucharzem, i sprzątaczką, i pracować na zmywaku, i jeszcze znaleźć czas na promocję całości.
MG: A w blogosferze nie jest podobnie?

IK: Wiesz co, tak. Ale bez takiej presji, że ktoś ci patrzy na ręce. To ty wyznaczasz sobie, że siedzisz cały dzień w kuchni. Walczysz z garami i przepisami.

MG: No to teraz trudne pytanie – czy gotowanie jest dla Ciebie pasją czy to bycie blogerką Cię kręci?

IK: Wiesz co, najpierw było gotowanie. Bloger to jest chyba jakieś tam kolejne wcielenie osoby gotującej. Taki jakby stopień wyżej. Mam wiele koleżanek, które gotują i to dobrze, ale nie mają bloga i same do mnie mówią, że to już jest taka „wyższa półka” w gotowaniu.

MG: A czy to nie jest tak, że one po prostu nie mają odwagi, aby pokazywać to, co gotują?

IK: Być może.

MG: Bo jednak, żeby pokazywać to, co robisz, trzeba mieć odwagę?

IK: To jest paradoks, bo ja tak życiowo to jestem tchórzem, jak cholera. Ta moja pozorna pewność siebie i takie „hej do przodu” wynika często z mocnego drżenia wewnętrznego.

MG: Skąd bierzesz pomysły na przepisy?

IK: Mam dużo książek kucharskich, ale rzadko z nich korzystam.

MG: Czyli wymyślasz własne?

IK: Wiesz co, tak naprawdę to wszystko już było gdzieś tam. Każdy przepis, czy to na gulasz, czy sernik, jest tylko jakąś naszą modyfikacją. Nie rozumiem czasem podpisów na blogach – przepis autorski. Co w nim jest autorskiego? To, że dałam do sernika mniej sera, a więcej masła? Nawet świetni szefowie kuchni mówią, że wszystko już było. I nawet w ich świecie wysokiej kuchni, ciężko jest stworzyć coś autorskiego. Liczy się podanie, zmiana jakiegoś składnika.

MG: Czyli o co chodzi w blogowaniu? O zdjęcia?

IK: Coraz bardziej tak. Jednak nie zawsze jest to praca jednej osoby. Zaczyna to być biznes. Na przykład na gotuje, on fotografuje albo zatrudnia się specjalistów. Blogów kulinarnych jest tyle, że każdy znajdzie coś dla siebie.

MG: Przedostatnie pytanie – Twoje największe marzenie kulinarne to…?

IK: Hmm… No nie wiem. Aaaa czekaj, już mam! Że mąż mi poda śniadanie do lóżka. J

MG: Ale zjadliwe?

IK: No tak, oczywiście. To moje marzenie, więc muszę to przecież jakoś przeżyć.

MG: Co jest motorem do prowadzenia bloga: Twoja pasja do gotowania czy ludzie, którzy Cię czytają?

IK: Wiesz co, jedno i drugie. W pewnym sensie, muszę gotować. Mogłabym przecież nie wyciągać do tego aparatu i nie przejmować się podaniem dania. Jednak czynnik ludzki mi pomaga. Największa radość jest wtedy, kiedy ktoś wykorzysta coś z mojego przepisu i prześle mi potem zdjęcie udanej potrawy. Dzisiaj nawet dostałam zdjęcie drożdżówek i opis dziewczyny, że pierwszy raz piekła i wyszły super.

MG: Czyli właśnie to Cię uskrzydla?


IK: Tak, to są skrzydła ogromne i jednocześnie najlepsza recenzja mojej pracy.