czwartek, 1 sierpnia 2013

Rozmowa chłopa z babą o gotowaniu i blogowaniu

Rozmowa z ciekawą osobą zawsze mnie cieszy. Zwłaszcza, jeśli mam okazję rozmawiać o gotowaniu. Tym razem moją rozmówczynią była znana blogerka kulinarna, Iza Kulińska. Jak sama o sobie mówi, jest po prostu babą, która lubi gotować. Ja mogę powiedzieć tylko tyle, że wychodzi jej to naprawdę dobrze. Na spotkaniu miałem okazję skosztować drożdżówek  z budyniem i czereśniami według jej przepisu. Wam również polecam, bo  są przepyszne.

Spotkaliśmy się w jednym z warszawskich parków. Na początku długo chodziliśmy i rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim. Tak się zagadaliśmy, że nie mogliśmy zdecydować, gdzie usiąść. W końcu jednak znaleźliśmy odpowiednią ławkę. Popijając lemoniadę, przygotowaną przez Izę, zacząłem zadawać swoje pytania. Na początek było standardowo. Zresztą przeczytajcie sami, jak mi się z Izą rozmawiało J

Mężczyzna Gotuje: Kiedy zaczęłaś swoją przygodę z gotowaniem?

Iza Kulińska: Jak się wyprowadziłam z domu rodzinnego. Tak się złożyło, że musiałam nagle  wyprowadzić  się  z domu rodzinnego, a co za tym idzie – zacząć samodzielnie gotować.

MG: A ile miałaś wtedy lat?

IA: Osiemnaście. Byłam pełnoletnia i wylądowałam na swoim. Musiałam iść do pracy i zarobić na mieszkanie. Z gotowaniem było śmiesznie, bo nie umiałam nic. U mnie w domu się mało gotowało. Mama, jeśli już, gotowała na kilka dni z rzędu. Najczęściej jakieś zupy, bigos czy gołąbki. Wychowałam się na jedzeniu ze stołówek. Mama tez jadała w pracy, więc po szkole jadłam, na przykład, tylko kanapki. Fakt, w weekendy jeździło się do babci, ale nie garnęłam się jakoś specjalnie do pomocy. Babcia tez jakoś nie chciała uczyć, tylko goniła ścierą bo w ciasnej kuchni pętałam się pod nogami. J To były inne czasy. Nie było takiej mody na gotowanie, jak dzisiaj.

MG: A jakie danie ugotowałaś jako pierwsze?

IK: To było bardzo ambitne gotowanie. Mieszkałam sama i stwierdziłam, ze zaproszę mamę do siebie na obiad, po jej powrocie z sanatorium. Wymyśliłam sobie, że będzie zupa cebulowa i pierogi z serem, bo mama bardzo je lubiła. Zadanie było naprawdę wymagające, bo nie miałam żadnego blendera czy miksera i tę podduszoną cebulę musiałam przecierać przez sitko. Jednak się nie poddałam i dałam radę!

MG: To ciekawe… bo mój pierwszy przepis, jaki zrobiłem z myślą o swoim blogu, to była zupa cebulowa. Zresztą otwiera ona wpisy na moim blogu.

IK: A ja nie mam na blogu zupy cebulowej. To chyba jakaś trauma. J Z pierogami też dałam radę. Jakaś książka kucharska mi pomogła i ciasto nawet się nie rozwaliło! Mama była ze mnie bardzo dumna.

MG: A kiedy przyszedł Ci do głowy pomysł, żeby założyć bloga?

IK: Blog powstał trochę z zazdrości, że inni mają, a ja nie. Tak naprawdę, zanim założyłam bloga, ponad dwa lata temu, działałam na portalach kulinarnych. Tam dodawałam przepisy, zdjęcia. Z czasem to zaczęło ewaluować i dorosłam do tego, żeby mieć swoją stronę, gdzie będę miała swoje własne przepisy. Chciałam mieć takie miejsce. Tylko moje, gdzie nikt mi nie będzie mówił, co mogę, czego nie mogę, ile przepisów mogę dodać. Zbierałam się w sobie długo. Od samej myśli, że chciałabym mieć bloga do jego powstania, minęło z pół roku. Głównie ze względu na fakt, że jestem mało techniczna. Szukałam kogoś, kto mi pokaże, jak to zrobić. Każdy obiecywał, potem odwoływał. W końcu usiadłam i założyłam go sama. No i mam.

MG: A jaki był pierwszy przepis?

IK: Pierwszy przepis był na babeczki z truskawkami.

MG: Czyli to było lato?

IK: Tak to był czerwiec. Potem jakoś  poszło.

MG: A co najbardziej lubisz gotować?

IK: Hmm…

MG: No dobra, to co najlepiej Ci wychodzi?

IK: Najlepiej to mi podobno wychodzi to, co mi się wydaje, że nie wyszło. Tak przynajmniej mówi mąż. Jak ja mówię, że nie wyszło to on wie, że będzie pysznie. Ale najgorzej mi wychodzi to, co na siłę chcę powtórzyć. Kiedy chcę zabłysnąć. I przeważne wybieram przepis, który znam i wiem, na co zwrócić uwagę. Jednak staram się wtedy za bardzo i nie wychodzi. Nauczyło mnie to, że nawet w takich sprawdzonych przepisach warto eksperymentować.

MG: A masz jakąś swoją ulubioną kuchnię?

IK: Chyba nie mam takiej jednej ulubionej.

MG: A jest coś takiego, czego byś nie spróbowała?

IK: Nie lubię surowego mięsa. Na przykład tatara. Nie dlatego, że mnie brzydzi, że ono jest surowe. Po prostu mi nie podchodzi.

MG: A psa byś zjadła?

IK: Wiesz co, nie wiem… Dobrze przygotowane mięso jest jak każde inne. Nie obrzydza mnie sama myśl, że to pies.

MG: A tarantulę byś zjadła?

IK: Czemu nie. W wielu krajach jedzenie czegoś takiego, jak kaszanka czy salceson jest nie do pomyślenia. Już nie mówiąc o kiszonych ogórkach czy kapuście, która dla wielu jest po prostu zepsuta. Cejrowski w swoim programie powiedział, że smaków się uczymy. Jeśli na przykład matka będzie dziecku podawała od dzieciństwa szczura to ono będzie to lubiło. Będzie mu się to kojarzyło z mamą, z bezpieczeństwem. Smaków się uczymy chyba całe życie.

MG: Wiesz, mi kiedyś dietetyczka powiedziała, że warto jeść różne potrawy już w ciąży, bo dziecko wtedy się uczy smaków.

IK: Pewnie, że tak. Dzieci trzeba przyzwyczajać do różnych potraw, już od małego. Trzeba im wyrabiać smak. Im więcej spróbują, tym bogatsze będą ich doświadczenia i nie będą bały się nowości.

MG: Chciałabyś być zawodową kucharką? W sensie przekuć bloga na zawodowstwo?

IK: Nigdy nie czułam się dobrze, jako szef. Źle się czuję, kiedy muszę dyrygować ludźmi. Bycie szefem dla samego siebie też nie jest dla mnie. Nie lubię i nie umiem narzucać sobie reżimu. Obawiam się, że miałabym z tym problem. Poza tym myślę, że zatraciłabym tę radość gotowania. Posiadanie swojego lokalu, to jednak gotowanie w kółko tego samego. Nie da się mieć przecież karty, która zmienia się co tydzień. Poza tym, po rozmowach z wieloma kucharzami widzę, że gotowanie schodzi wtedy na drugi plan. Wtedy trzeba walczyć o swoją pozycję.

MG: Trzeba się promować jednym słowem?

IK: Tak, trzeba być i kucharzem, i sprzątaczką, i pracować na zmywaku, i jeszcze znaleźć czas na promocję całości.
MG: A w blogosferze nie jest podobnie?

IK: Wiesz co, tak. Ale bez takiej presji, że ktoś ci patrzy na ręce. To ty wyznaczasz sobie, że siedzisz cały dzień w kuchni. Walczysz z garami i przepisami.

MG: No to teraz trudne pytanie – czy gotowanie jest dla Ciebie pasją czy to bycie blogerką Cię kręci?

IK: Wiesz co, najpierw było gotowanie. Bloger to jest chyba jakieś tam kolejne wcielenie osoby gotującej. Taki jakby stopień wyżej. Mam wiele koleżanek, które gotują i to dobrze, ale nie mają bloga i same do mnie mówią, że to już jest taka „wyższa półka” w gotowaniu.

MG: A czy to nie jest tak, że one po prostu nie mają odwagi, aby pokazywać to, co gotują?

IK: Być może.

MG: Bo jednak, żeby pokazywać to, co robisz, trzeba mieć odwagę?

IK: To jest paradoks, bo ja tak życiowo to jestem tchórzem, jak cholera. Ta moja pozorna pewność siebie i takie „hej do przodu” wynika często z mocnego drżenia wewnętrznego.

MG: Skąd bierzesz pomysły na przepisy?

IK: Mam dużo książek kucharskich, ale rzadko z nich korzystam.

MG: Czyli wymyślasz własne?

IK: Wiesz co, tak naprawdę to wszystko już było gdzieś tam. Każdy przepis, czy to na gulasz, czy sernik, jest tylko jakąś naszą modyfikacją. Nie rozumiem czasem podpisów na blogach – przepis autorski. Co w nim jest autorskiego? To, że dałam do sernika mniej sera, a więcej masła? Nawet świetni szefowie kuchni mówią, że wszystko już było. I nawet w ich świecie wysokiej kuchni, ciężko jest stworzyć coś autorskiego. Liczy się podanie, zmiana jakiegoś składnika.

MG: Czyli o co chodzi w blogowaniu? O zdjęcia?

IK: Coraz bardziej tak. Jednak nie zawsze jest to praca jednej osoby. Zaczyna to być biznes. Na przykład na gotuje, on fotografuje albo zatrudnia się specjalistów. Blogów kulinarnych jest tyle, że każdy znajdzie coś dla siebie.

MG: Przedostatnie pytanie – Twoje największe marzenie kulinarne to…?

IK: Hmm… No nie wiem. Aaaa czekaj, już mam! Że mąż mi poda śniadanie do lóżka. J

MG: Ale zjadliwe?

IK: No tak, oczywiście. To moje marzenie, więc muszę to przecież jakoś przeżyć.

MG: Co jest motorem do prowadzenia bloga: Twoja pasja do gotowania czy ludzie, którzy Cię czytają?

IK: Wiesz co, jedno i drugie. W pewnym sensie, muszę gotować. Mogłabym przecież nie wyciągać do tego aparatu i nie przejmować się podaniem dania. Jednak czynnik ludzki mi pomaga. Największa radość jest wtedy, kiedy ktoś wykorzysta coś z mojego przepisu i prześle mi potem zdjęcie udanej potrawy. Dzisiaj nawet dostałam zdjęcie drożdżówek i opis dziewczyny, że pierwszy raz piekła i wyszły super.

MG: Czyli właśnie to Cię uskrzydla?


IK: Tak, to są skrzydła ogromne i jednocześnie najlepsza recenzja mojej pracy.