sobota, 28 lutego 2015

Styl życia - Luberseksualny, a nie lumpseksualny

Od jakiegoś czasu w modzie jest bycie lumberseksualnym. Co to oznacza? A mianowicie, chodzi tutaj o mężczyzn, którzy swoim wyglądem i zachowaniem mają manifestować typowo męskie cechy. Wyróżniają się oni, jeszcze nie dawno nie lubianą, brodą. Mogą posiadać tatuaże, chętnie sięgają po mięso w swojej diecie. Dodatkowo mają umiejętności, jakie powinien mieć każdy facet. Naprawią kran, zbudują szafkę w spiżarni i ogólnie pokażą, że to oni są samce i potrafią zaznaczyć swój teren.


Jednak trend ten, poszedł też w moim odczuciu ciut dalej. Na początku mówiło się, że taki facet nie dba, aż tak bardzo o kosmetyki i to jak wygląda. I tutaj, zaczyna się problem. Wielu facetów, brodaczy noszących flanelowe koszule w topornych butach i z czapką na głowie, nagle poczuła, że jest w trendzie. Najgorsze, że jest to ta grupa mężczyzn, która z antyperspirantem widzi się tylko, mijając półki w supermarkecie w drodze do sekcji monopolowej. Drodzy panowie, lumberseksualny nie oznacza lumpseskualny. Nie chodzi o to, żeby śmierdzieć i w ten sposób pokazywać swoją męskość. Broda, która nosicie, też nie może nosić znamion wczorajszego obiadu. Lumberseksualny facet dba o siebie, a jego wygląd nie jest przypadkowy.


Prawdziwy drwal, jak zwykło nazywać się facetów w tym trendzie, będzie miał zadbaną brodę i będzie do jej pielęgnacji używał specjalnych kosmetyków. Fryzura, też nie będzie efektem spotkania z gniazdkiem, tylko starannie ułożoną i dopracowaną konstrukcją. Swoim zapachem na ulicy, nie będzie powodował, że więdną kwiaty w rabatach. Prawdziwy drwal, będzie wyglądał lekko niechlujnie, ale w kontrolowany i dopracowany sposób. Dlatego też, jeśli uważasz, że jesteś lumberseksualny, najpierw sprawdź czy spod Twojej pachy nie wydobywa się zapach zakiszonej cebuli, a włosy nie widziały grzebienia od dnia ślubu. Bo, niezależnie jaki jesteś, przede wszystkim powinieneś być zadbanym facetem.

P.S. Broda nie doda nam męskości, bo to nie ona o niej świadczy. ;)


piątek, 27 lutego 2015

Torcik z kremem czekoladowym w polewie z ciemnej czekolady

Mimo zmiany diety, co jakiś czas będę serwował Wam również słodkości. To, że sam nie mogę ich zbytnio jeść, nie znaczy, że nie podejmuję w domu gości. Dzisiejszy torcik, przygotowałem na wizytę znajomych w sylwestra. Trochę mi się zeszło z opisaniem, jednak nie zawsze od razu po upieczeniu i zrobieniu zdjęć, wszystkie przepisy lądują na blogu. Czasem muszą nabrać, tak zwanej mocy, a ja muszę znaleźć w sobie motywację, żeby je opisać i zamieścić dla Was na blogu. Torcik, nadaje się na różne okazje. Ja, przygotowuję go, gdy jest mi źle i chce się trochę pocieszyć. Wy, też na pewno macie takie danie, które sprawiają Wam radość.


Składniki:
Biszkopt:
4 jajka
3/4 szklanki cukru
1 szklanka mąki tortowej od Lubelli
szczypta soli

Krem czekoladowy:
100 gram gorzkiej czekolady (u mnie 70%)
100 gram mlecznej czekolady
200 gram miękkiego masła
100 ml śmietany kremówki
3 łyżki cukru pudru
olejek pomarańczowy

Polewa:
100 gram masła
250 gram gorzkiej czekolady

Poncz:
100 ml spirytusu
sok wyciśnięty z połówki pomarańczy

                 

Przygotowanie:
Biszkopt:
Jajka wbijamy do misy miksera, Ważne żeby były w temperaturze pokojowej. Wsypujemy cukier i zaczynamy miksować przez około 2 minut. Po tym czasie, wyłączamy na chwilę mikser i pozwalamy, żeby cukier rozpuścił się w masie. Zostawmy naszą masę samą sobie na około 4 minuty. Gdy już cukier się rozpuści, znowu zaczynamy miksować. Tym razem, powinno nam to zająć około 5 minut. Masa musi być puszysta, delikatna i biała. Teraz dosypujemy mąkę i delikatnie łyżką, mieszamy naszą masę. Nie wykonujcie, zbyt gwałtownych ruchów, zależy nam na tym, żeby jak najwięcej powietrza, wtłoczonego podczas miksowania, zostało w masie. Gdy wszystko ładnie nam się połączy, przelewamy ciasto do wysmarowanej margaryna i wysypanej bułką tartą, małej formy do tortów. Pieczemy w temperaturze 180 stopni przez około 35 minut. Ja piekę na funkcji góra-dół. Gdy biszkopt nam się upiecze, nie wyciągajmy go z formy. Pozwólmy mu całkowicie ostygnąć. Chłodny biszkopt przecinamy na pół i każdą z połówek polewamy ponczem. 

Poncz:
Do szklanki wlewamy spirytus i sok pomarańczowy. Energicznie mieszamy do połączenia składników.

Krem:
W rondelku podgrzewamy naszą śmietankę. Gdy już będzie ciepła, wrzucamy połamaną na kawałki czekoladę. Cały czas mieszamy, aż czekolada całkowicie nam się rozpuścić. Gdy to nastąpi, ściągamy całość z ognia i odstawiamy d ostudzenia. Tak, jak w przypadku biszkoptu, czekamy do całkowitego ostudzenia. Kiedy masa się studzi, w misce ucieramy mikserem masło razem z cukrem pudrem. Robimy to do momentu, aż powstanie nam puszysta i biała masa. Teraz wystarczy stopniowo dodawać wystudzoną czekoladę, cały czas miksując. Na koniec dodajemy trochę lejku pomarańczowego i delikatnie mieszamy. Gotową masę wykładamy na wcześniej ostudzony i przekrojony na pół biszkopt. Następnie, nakładamy na nią drugą połowę biszkoptu i wstawiamy na około 2 godziny do lodówki.

Polewa:
Czekoladę łamiemy na mniejsze kawałki i rozpuszczamy w kąpieli wodnej razem z masłem. Cały czas mieszamy, żeby składniki ładnie nam się połączyły. Gdy powstanie zwarta i jednolita masa, wylewamy ją na nasze ciasto i czekamy do ostygnięcia. Ja dla dekoracji dodałem jeszcze złote cukrowe kuleczki.

Smacznego :)



czwartek, 26 lutego 2015

Kilka słów o... mandarynkach

Mandarynki uwielbiam, mógłbym je jeść codziennie. Kiedy, jest na nie sezon, zawsze kupuje je często. Warto je mieć w swoich domach, bo poza swoim smakiem mają jeszcze wiele wartości, które dobrze wpływają na nasz organizm.


Zawierają choćby nobiletynę, która pomaga w walce z otyłością. Jednak ten flawanoid wspomaga również zapobieganie cukrzycy typu drugiego i dobrze wpływa na walkę z miażdżycą. Dzięki zawartości witamin A i C, idealnie wspomagają naszą odporność. Warto więc, jeść je w okresie podwyższonego ryzyka zachorowań, czyli jesienią i zimą.

                 

Zawarta w nich witamina A, poprawia również kondycję skóry i bardzo dobrze wpływa na nasze oczy. Chroni ona przed takimi chorobami jak jaskra czy zaćma. Mandarynki, warto podawać najmłodszym, gdyż bardzo dobrze wpływają na rozwój kości i stawów.

                 

Na koniec warto też dodać, że zawarte w nich przeciwutleniacze spowalniają procesy starzenia. Oczywiście, nie spowodują one, że nagle odmłodniejemy, jednak na pewno, regularne ich spożywanie, pozwoli nam dłużej cieszyć się witalnością naszej skóry i całego organizmu.

środa, 25 lutego 2015

Krupnik wegetariańśki

Krupnik, to była znienawidzona przeze mnie w dzieciństwie zupa. Jednak, im człowiek starszy tym mądrzejszy. Teraz ją uwielbiam. W okresach zimnych, przygotowuję tą zupę przynajmniej raz na dwa tygodnie. Dzięki zawartości kaszy, idealnie rozgrzeje nasz organizm, a swoim smakiem zaspokoi nawet najbardziej wybredne podniebienia. Dzisiaj przedstawiam Wam wersję wegetariańską, staram się nie jeść ciężkich zup na wywarach mięsnych. Dlatego też, zdecydowałem się na lżejszą wersję warzywną. Jeśli jednak, macie ochotę na mięsną wersję, wystarczy zamiast bulionu warzywnego, dodać mięsny. Jedno jest pewne, warto tą zupę przygotowywać raz na jakiś czas.


Składniki:
2 litry bulionu warzywnego
półtorej szklanki kaszy jęczmiennej średniej (ja lubię gęsty krupnik, dlatego daję tyle kaszy, jeśli lubicie rzadszy, dajcie szklankę albo pół)
1 średniej wielkości cebula
1 pietruszka
2 marchewki
kawałek pora
kawałek selera
2 ząbki czosnku
4 ziemniaki
3 liście laurowe
6 ziarenek ziela angielskiego
1 łyżka suszonego lubczyku
sól o obniżonej zawartości sodu od Sante
pieprz


Przygotowanie:
Do garnka z bulionem wrzucamy liście laurowe i ziele angielskie.

Marchewkę, pora, seler, pietruszkę i ziemniaki kroimy w kosteczkę.

Cebulę i czosnek obieramy ze skórki i opalamy nad palnikiem. Wrzucamy je do gotującego się bulionu wraz z pokrojoną marchewką, porem, selerem i pietruszką. Dorzucamy kaszę jęczmienną. Wszystko razem gotujemy przez około 15 minut.

Po tym czasie, dorzucamy obrane i pokrojone w kosteczkę ziemniaki. Wszystko razem gotujemy do miękkości warzyw i kaszy. Na koniec doprawiamy do smaku solą, lubczykiem i pieprzem.

Smacznego :)


wtorek, 24 lutego 2015

"Dieta Italiana" - Gino D'acampo

Kuchnie włoska zawsze kojarzyła mi się z makronem i kaloriami. Jednak, po przemyśleniu tego co widziałem będąc we Włoszech doszedłem do wniosku, że mało jest tam ludzi otyłych. Potem, zgłębiając temat dowiedziałem się, że Włosi jedzą mądrze i naprawdę zdrowo. Ich sekretem, są zdrowe i dobrej jakości produkty.


Gdy w mojej ręce trafiła książką "Dieta Italiana" z wielką ciekawością zacząłem ją studiować. Wstęp do niej, napisała dietetyczka Juliette Kellow, która odkrywa przed nami sekrety kuchni i zdrowia Włochów. Znajdziemy tutaj, wiele informacji o najczęściej używanych przez nich produktach oraz wiele mądrych tabelek, które pomogą nam w procesie odchudzania.

                 

Jeśli chodzi o same przepisy, to tak jak w poprzednich swoich książkach, Gino łączy tradycję z nowoczesnością. Receptury są proste, ale bogate w smaki i aromaty. Kilka wypróbowałem i naprawdę są pyszne. Wszystko podzielone jest według rodzajów posiłków. Znajdziecie tutaj pomysły na śniadania, przystawki, lunche, zupy i sałatki, makarony i risotto, ryby, mięs oraz desery. Wszystko w wersji lekkiej i przyjaznej dla naszych żołądków.


Na koniec, warto wspomnieć o zdjęciach. Proste, a zarazem przyciągające wzrok. Bardzo harmonijniej skomponowane. Wszystko składa się na naprawdę ciekawą i wartą posiadania pozycję.


sobota, 21 lutego 2015

Styl Życia - Dbajcie o zdrowie

Dawno, nie pisałem nic w sobotniej serii "Styl Życia". Jednak, zmieniając swoje nawyki, postanowiłem również, że choćby się paliło i waliło, blog musi żyć według ustalonego raz rytmu. Dlatego od teraz, zawsze w sobotę, będę miał dla Was porcję swoich przemyśleń na temat otaczającego nas świata. Na pierwszy ogień pójdzie nasze zdrowie, a w zasadzie dbanie o to, żeby cieszyć się nim jak najdłużej.

Jakiś czas temu, dostałem od mojego organizmu, mocny sygnał, że coś jest nie tak. Zaczęło się od zawrotów głowy. W początkowym okresie, były one przypadkowe i krótkotrwałe, jednak w pewnym momencie, jak już się pojawiły, nie chciałby odpuścić. Jak przystało na mądrego człowieka, nie chciałem zbytnio udawać się do lekarza, wziąłem jakieś tam proszki, bo to pewnie osłabienie albo grypa. Jednak zawroty nie odpuszczały. Koniec, końców zmuszony byłem udać się do szpitala. Okazało się, że mam ciśnienie 220/125 i bardzo mocno podwyższone markery zawałowe. Powiem Wam, że się mocno przestraszyłem. Jak to, pomyślałem, przecież mam dopiero 29 lat, nie możliwe. Jednak badania nie kłamały. Musiałem zmienić całe swoje myślenie, o tym co jem, ile śpię, jak żyję. Był to dla mnie mocne upomnienie od organizmu, który chyba jeszcze trochę chce sobie pożyć na tym świecie.

Sprawą przejąłem się tak mocno, że postanowiłem przebadać się od góry do dołu. Wierzcie mi, że lata nie chodzenia na badania i nie dbania o siebie mocno spustoszyły mój organizm. Nie będę Wam pisał, co dokładnie się okazało, jednak obecnie muszę przyjmować bardzo dużo leków i całkowicie zmienić swoje nawyki. Oczywiście, podstawowa sprawa, to waga. Chciał nie chciał, musi się zmienić. Bynajmniej nie na plus, więc czeka mnie dużo pracy i chyba największe wyzwanie w życiu. Dużo czytam i rozmawiam z mądrymi ludźmi, wierzcie mi, że żadna dieta, jeśli się ją rozpocznie nie może być przerwana. Jeśli chcemy, aby efekty były trwałe, to musimy zmienić całe swoje podejście do tego co i jak jemy.

Dlaczego o tym piszę? Odpowiedź jest prosta. Ku przestrodze. Ja zaniedbałem siebie i swoje zdrowie. Zawsze coś lub ktoś był ważniejszy. Zawsze musiałem coś załatwić, zawsze musiałem z kimś się spotkać. O sobie, nie myślałem wcale. Był to bardzo poważny błąd. Nasz organizm jest najważniejszy, jeśli go zaniedbamy, to właśnie wtedy nie będzie czasu dla innych i energii do działania. Powoli staję na nogi i widzę swoje błędy. Warto dbać o siebie, robić badania. Czasem, błahy w naszym odczuciu objaw, może być symptomem czegoś  wiele gorszego. Nie lekceważcie sygnałów, które wysyła nasz organizm. Bo, jeśli coś nam manifestuje, to na pewno nie bez powodu. Wart sprawdzić, co się dzieje, choćby dla własnego świętego spokoju. Dbajcie o siebie i o swój organizm.

piątek, 20 lutego 2015

Pasztet z fasoli

Dzisiaj, moje propozycja jest idealna dla wegetarian. Niestety, nie przypadnie do gustu weganom, bo użyłem jajek. Jednak, pasztet jaki mi wyszedł w niczym nie ustępuje, temu wykonanemu z mięsa. Dodatkowo, dzięki użyciu otrębów owsianych, wspomoże pracę naszych jelit. Jest lekki w smaku i bardzo fajnie komponuje się ze świeżo przygotowaną ćwikłą. Idealny na kanapki lub jeśli lubicie, po prostu sam. Jak dla mnie, to naprawdę udana alternatywa dla mięsnego pasztetu. Nie, żebym przechodziła na wegetarianizm, jednak coraz mnie mięsa gości w mojej kuchni. I muszę Wam powiedzieć, że wcale z tego powodu nie narzekam.


Składniki:
400 gram białej fasoli typu jaś
4 jabłka
2 gruszki
150 gram otrębów owsianych (u mnie SANTE)
2 łyżeczki majeranku
2 łyżeczki tymianku
1 łyżeczka gałki muszkatołowej
2 jajka
2 średniej wielkości cebule
2 ząbki czosnku
sól
pieprz
5 łyżek oleju z pestek winogron do smażenia

                 

Przygotowanie:
Fasolę umyć pod bieżącą wodą. Następnie zalać ją wrzątkiem i odstawić na noc. Następnego dnia, gotować fasolę aż do miękkości. Ugotowaną, ostudzić. Teraz wystarczy ziarna zblendować lub przepuścić przez maszynkę do mielenia.

Jabłka i gruszki umyć i obrać. Pozbawić je gniazd nasiennych i pokroić w drobną kosteczkę. Cebulę obrać i pokroić w kostkę, tak samo należy postąpić z czosnkiem.

Na patelni rozgrzać 5 łyżek oleju z pestek winogron. Na patelnię wrzucić pokrojone jabłka, cebulę, czosnek i gruszki. Przykryć patelnię i dusić wszystko razem około 8 minut, co jakiś czas mieszając. Gdy wszystko zmięknie, a owoce zaczną się rozpadać, możemy zdjąć z ognia i ostudzić. Następnie należy wszystko razem ładnie zblendować.

Do masy z fasoli, dodajemy zblendowane jabłka, gruszki, cebulę i czosnek. Następnie wsypujemy otręby owsiane, tymianek, majeranek, gałkę muszkatołową oraz wbijamy jajka. Zaczynamy ręcznie wyrabiać masę. Na koniec doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Polecam używać soli morskiej lub himalajskiej, jest zdrowsza.

Gotową masę przekładamy do wysmarowanej olejem i wysypanej bułką tartą formy-keksówki. Pieczemy w rozgrzanym do 180 stopni piekarniku przez około 45 minut. Po upieczeniu, nie wyciągajcie pasztetu z formy, niech w niej całkowicie ostygnie. Jeśli wyciągniecie za wcześniej, pasztet może się rozpadać.

Smacznego :)



środa, 18 lutego 2015

Ciasto kawowo - czekoladowe

Za kawą nie przepadam i generalnie jej nie pijam. Jednak, bardzo lubię, raz na jakiś czas, napić się kawy zbożowej. W moim domu, od zawsze królowała INKA. Jak byłem mały, miałem taki rytuał z babcią. Ona, przygotowywała sobie swoją kawę, a mi robiła właśnie zbożową wersję. Pamiętam, że miałem nawet swoją własną zastawę. Była w kolorze malinowym i miała takie słodkie, kwiatowe wzorki. Pijąc kawę razem z babcią, czułem się prawie dorosły. Teraz, kiedy chcę się wyciszyć, robię sobie kubas INKI i zasiadam do lektury gazet lub aktualnie czytanej książki. Takie wspomnienia są najlepsze. Właśnie dlatego, postanowiłem dzisiaj je przywołać i przygotowałem ciasto z użyciem kawy zbożowej. Mam nadzieję, że Wam zasmakuje.


Składniki:
Ciasto:
pół szklanki brązowego cukru
1 szklanka mąki pszennej
3 łyżeczki kawy INKA klasyczna
2 łyżeczki kakao
pół łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
300 ml jogurtu naturalnego
2 jajka
2 łyżki miękkiego masła
margaryna do smarowania formy
bułka tarta do wysypania formy
Polewa:
2 łyżki masła
3 łyżki kakao
2 łyżki cukru pudru
2 łyżki mleka


Przygotowanie:
Ciasto:
Mąkę przesiać do miski, dodać cukier, kakao, INKĘ, cynamon, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną. Delikatnie łyżką wymieszać wszystkie składniki.

Teraz dodać mokre składniki, czyli jajka, masło (koniecznie musi być miękkie) oraz jogurt naturalny. Wszystko razem porządnie zmiksować mikserem, wystarczy około 3-4 minut miksowania.

Gotową masę przelać do formy, wysmarowanej margaryną i wysypanej bułką tartą. Tak przygotowane ciasto, wstawić do nagrzaneg do 180 stopni piekarnika. Piec około 50 minut. Ja piekłem na funkcji góra dół.

Polewa:
W garnku rozpuścić masło. Następnie, dodać kakao, cukier puder i mleko. Wszystko razem porządnie wymieszać trzepaczką. Gotową polewą, polać ostudzone ciasto.

Smacznego :)


poniedziałek, 16 lutego 2015

Napój witaminowy z marchewki, pomarańczy, selera i jagód goji

Tak jak obiecałem, trochę zmienia się menu w moim życiu. Niestety, zaniedbane zdrowia, dało o sobie bardzo mocno znać. Przez ostatni kilkanaście dni, musiałem wiele spraw przewartościować, wprowadzić pewne zmiany w swoim myśleniu, a przede wszystkim w tym, co jem. Wstyd się przyznać, ale nie jadłem regularnie. Ba, nawet nie można powiedzieć, że jadłem, przynajmniej 3 posiłki dziennie. Bardzo często, zdarzało się, że jadłem tylko śniadanie i dopiero po powrocie z pracy rzucałem się, jak wygłodniałe zwierzę na lodówkę. To było, bardzo nie mądre i po części doprowadziła do dość poważnych zaburzeń pokarmowych. Jednak, poszedłem po rozum do głowy i teraz wszystko się zmienia. Przepis na dzisiejszy napój, jest pierwszym tego dowodem. Staram się, taki przygotowywać przynajmniej raz w tygodniu. Dzięki dodatkowi jagód goji, wspomoże on układ krwionośny i dobrze wpłynie na nasze serce. Smakuje dobrze i tak samo dobrze wpływa na nasz organizm.


Składniki:
1 kg marchewek
2 pomarańcze
2 łodygi selera naciowego
3 łyżeczki suszonych jagód goji (polecam Sante)
pół szklanki gorącej wody


Przygotowanie:
Marchewki obrać i przepuścić przez sokowirówkę. Tak samo postąpić z łodygami selera naciowego. Powstałe soki, przelać do dzbanka i porządnie wymieszać.

Pomarańcze wycisnąć, przy użyciu ręcznej wyciskarki do soku. Uzyskany sok przelać do wcześniej, wyciśniętych w sokowirówce warzyw.

Jagody goji zalać połową szklanki gorącej wody. Odstawić na około 15 minut. Po tym czasie, wszystko razem porządnie zblendować i dodać do wcześniej przygotowanych soków. Wymieszać. Sok gotowy jest do picia. Z podanych ilości powstanie około 1 litra soku.

Smacznego :)


wtorek, 3 lutego 2015

"What Katie Ate, Prosta kuchnia w dobrym stylu" - Katie Quinn Davies

Książka, którą dzisiaj chce Wam polecić, po prostu owładnęła moim sercem. To, jak jest w niej przedstawione jedzenie to dla mnie majstersztyk. Gdybym miał możliwość wydania własnej książki, chciałbym żeby wyglądała ona właśnie w ten sposób. Autorka, znana na całym świecie blogerka, przeniosła fotografię kulinarną i opisywanie przygotowania dań, na zupełnie inny poziom. Przyznam się Wam, że czasem wieczorami, ściągam to książkę z mojej półeczki kulinarnej i przeglądam ją sobie przed snem. Od razu lepiej mi się śpi.


To, co przede wszystkim ujęło mnie w tej pozycji, to zdjęcia. Są piękne, wysmakowane i widać, że robiła je osoba, która potrafi gotować i wie, że kuchnia i jedzenie, to także serce, które trzeba zostawić na talerzu. Zdjęcia są różne, nie tylko kulinarne, niektóre pokazują świat autorki, jej wspomnienia i rzeczy, które są dla niej ważne.


Jeśli chodzi o same przepisy, to są one proste, a jednocześnie bardzo efektowne. Znajdziecie tutaj, propozycje na śniadanie, lunche, sałatki, kanapki, drinki, obiady przekąski, sosy oraz desery. Przepisy opatrzone są krótka historią, która zawsze jest pełna emocji, wspomnień i serca jakie autorka włożyła w tą publikację.


Fajne, jest też to, że znaleźć tutaj można kilka fajnych porad jak urządzić kuchnię, alb przygotować konkretne produkty. Autorzy, czasem zbyt skupiają się na przepisach, zapominając, że czytelnik chciałby dostać, też coś więcej. Każdego z nas, interesuje przecież, to jak wybrany przez nas autor czaruje w kuchni. Katie, o tym nie zapomniała. Za to, należy jej się ogromy plus. Polecam Wam tą książkę serdecznie, choćby tylko po to, żeby spojrzeć sobie przed snem na piękne zdjęcia i śnić o smakowitych daniach.


poniedziałek, 2 lutego 2015

Ciasto pietruszkowe z żurawiną

Ciasto pietruszkowe, kiedy po raz pierwszy o nim usłyszałem, pomyślałem, że to jakiś żart. Pietruszka kojarzyła mi się tylko z sałatką albo zupą. Jednak, gdy wczytałem się w przepis, doszedłem do wniosku, że to nawet może być dobre. Nie myliłem się. Przygotowuje się je dość szybko, a smakuje naprawdę ciekawie. Pietruszka nadaje ciastu, taki lekko ostrawy posmak. W recepturze, jaką dostałem od mojej koleżanki, radzono żeby dodać do niego orzechy. Ja jednak, jestem niereformowalny i zawsze muszę coś w przepisie zmienić. Tym razem, postanowiłem usunąć orzechy i zastąpić je żurawiną. Ta mała modyfikacja, okazała się strzałem w dziesiątkę. Ciasto smakowało fenomenalnie i zniknęło bardzo szybko. Spróbujcie sami.


Składniki:
2 średniej wielkości pietruszki
1 szklanka cukru
3 jajka
szklanka oleju
3 łyżeczki cukru waniliowego
1 szklanka suszonej żurawiny (plus kilka do dekoracji)
2 szklanki mąki pszennej tortowej (polecam od Lubelli, bo jest drobna i zawsze ciasto z nią wychodzi)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka mielonego imbiru
pół łyżeczki gałki muszkatołowej
Krem na wierzch ciasta:
100 gram masła w temperaturze pokojowej
250 gram kremowego serka białego (u mnie łaciaty)
1,5 szklanki cukru pudru
Pół tabliczki białej czekolady

                 

Przygotowanie:
Pietruszkę obieramy i myjemy. Następnie ścieramy na tarce o oczkach średniej grubości. Odstawiamy na czas przygotowania pozostałych składników.

Jaja wbijamy do miski i ucieramy z 1 szklanką cukru oraz cukrem waniliowym. Gdy masa będzie już puszysta, powoli zaczynamy dodawać olej. Cały czas miksujemy. Wszystko musi się ładnie połączyć, a nasza masa powinna być aksamitna.

Teraz dodajemy mąkę, cynamon, imbir, proszek do pieczenia i gałkę muszkatołową. Delikatnie zaczynamy mieszać ciasto łyżką. Nie miksujecie, lepiej ucierać ciasto łyżką. Gdy wszystkie składniki nam się połączą, mi zajęło to około 3 minut, dodajemy startą pietruszkę i żurawinę. Ponownie łyżką mieszamy wszystko do momentu, aż powstanie nam jednolita masa. Ciasto powinno być gęste, nie może nam powstać lejąca się masa.

Tak przygotowane ciasto, przekładamy do wysmarowanej margaryną i wysypanej bułką tartą, tortownicy o średnicy 25 cm. Pieczmy w nagrzanym do 180 stopni piekarniku przez około 50 minut. Ja piekłem na funkcji góra-dół.

Gdy ciasto się piecze możemy przygotować krem na jego wierzch. Masło, koniecznie w temperaturze pokojowej, przełożyć do miski i dodać kremowy serek. Zacząć miksować na wolnych obrotach, przez około 2 minuty. Następnie przyśpieszyć tempo i stopniowo dodawać cukier puder. Miksować do uzyskania puszystej i gładkiej konsystencji, około 4 minut. Odstawić do lodówki.

Gdy ciasto się upiecze, musimy je wystudzić. Następnie nakładamy na nie przygotowany i schłodzony krem. Dekorujemy kilkoma owocami suszonej żurawiny i ścieramy na drobnej tarce, na wierzch, pół tabliczki białej czekolady. Ciasto przechowujemy w lodówce.

Smacznego :)